Moje spojrzenie na Sny umarłych albo podziękowania dla wszystkich zaangażowanych w projekt oraz monolog o pisaniu i czytaniu

1. Co się stało?

 

Dwudziestego piątego stycznia dwa tysiące dwudziestego szóstego roku Wojciech Gunia zapowiedział, że w lutym ukaże się spóźniona nowa edycja Snów umarłych. I pięknie, można by się rozejść, ale, jak to w życiu, często za fajną wiadomością podąża ta gorsza, by niczym lewy sierpowy naprostować twarz już szczerzącą się z uciechy. Tym razem dostaliśmy niusa, że to ostatnie Sny umarłych. Po ośmiu latach ta wielka weirdowa przygoda dobiegła końca.

Jasne, Wojciech Gunia dodał, że rzecz wcale się nie zamyka definitywnie, że się tylko zawiesza na czas nieokreślony, ale szczerze – wiadomo, że to zwiastuje finał tej fajowej inicjatywy. Jeśli się coś zawiesza, to rzadko się odwiesza, a inicjatyw, które zawiesiły się na wieczność, nie zdołaliby policzyć na palcach swych rąk nawet hekatonchejrowie. Tak więc nie oszukujmy się – szanse, że Sny wrócą są takie, jak moja szansa na wygraną na loterii.

I nie chodzi o to, że mam jakieś pretensje do Wojciecha Guni, Krzysztofa Grudnika, Wydawnictwa IX czy w ogóle do jakiejkolwiek zaangażowanej w projekt osoby. Nie. Rozumiem, czemu tak się stało, a co gorsza – spodziewałem się od jakichś trzech, może czterech, lat, że ten dzień majaczy gdzieś na horyzoncie niczym wizyta nielubianego wujka. Ma się nadzieję, że ten chłop nie wpadnie i nie będzie dręczył człowieka, ale ten prędzej czy później (raczej prędzej) przybywa.

Bo od dawna wyczuwało się, że coś jest nie tak. O swym zmęczeniu pracą nad tym projektem Wojciech Gunia pisał całkiem wprost – a przypomnijmy, że praca lekka nie była, bo corocznie musiał przeczytać wszystkie nadesłane opowiadania, których mało także nie było, ocenić, dokonać selekcji, potem pewnie czekała go robota zakulisowa, której nie widzieliśmy. Mimo zaangażowania zmęczenie (i zniechęcenie, o czym później) wygrało – i w sumie się nie zdziwiłem. Miałem jednak nadzieję, że ten moment przyjdzie później niż wcześniej, no ale to jak z tym wujkiem…

Kiedy pierwszy raz Wojciech Gunia wspomniał o tym, że nie wyrabia ze Snami, ktoś rzucił pomysł, by jakiś inny uznany weirdowiec przejął pałeczkę i kontynuował projekt. Padały nawet konkretne nazwiska. W feralną niedzielę Gunia wspomniał o tym koncepcie (i wspomniał, dlaczego to nie wypali, o czym za chwilę), ja jednak – z całym szacunkiem (szczerym, a nie takim, jaki się okazuje człowiekowi, do którego tyradę rozpoczyna się od słów „z całym szacunkiem”) dla ewentualnego spadkobiercy projektu – uważam, że nie byłoby to dobre wyjście. Sny były tak długo prowadzone przez Gunię i tak z Gunią mi się kojarzą na wielu płaszczyznach, że trudno byłoby mi traktować nowe Sny jako Sny – wszakże to jego oko, serce i artystyczny nos dokonywały selekcji, więc ostatecznie każdy tom był w takim samym stopniu dziełem wszystkich występujących w nich Autorów, jak jego.

Tak więc – szkoda, że tak się stało, bardzo przykro, że raczej się już nie odstanie, ale przeczuwało się to i ostatecznie, mam wrażenie, bez tego redaktora prowadzącego nie miałoby to większego sensu. I nie, to nie jest jakaś laurka, po prostu takie mam przemyślenia i walę tu szczerze jak człek po wielu winach. I moim zdaniem lepiej już by było, żeby nowi ludzie wzięli się za nowy projekt.

2. Powody poproszę!

           

No ale ostatecznie dlaczego stało się to, co się stało?

Wojciech Gunia podał dwa powody – pierwszy to brak czasu. W sumie to wszystko mogłoby zamknąć, ale dla nas, czytelników, odbiorców, twórców, obserwatorów, ludzi ogółem poruszających się w literackiej grozie czy też ogółem fantastyce, o wiele ciekawszy wydaje się powód drugi (z całym szacunkiem dla powodu pierwszego i jak wyżej!). Przytoczmy go (niemal) w całości:
„Powód drugi: cała robota jak krew w piach.

Mój brak czasu dałoby się ogarnąć, bo przecież mógłbym scedować prowadzenie antologii na kogoś innego. Ale też nie w tym rzecz: SU, choć zrobiło sobie jakieś miejsce w świadomości fandomu grozowego, są antologią boleśnie niszową. Nakład pracy i kosztów, jaki wiąże się z jej opracowaniem, jest totalnie niewspółmierny do oddźwięku, jaki ta seria wywiera. Takie są fakty. Trend spadkowy był widoczny już od dawna: […] liczby nie kłamią: oddźwięk antologii jest zerowy. Ludziom, którzy kupują, całkiem nielicznym, na ogół nie chce się potem nawet zostawiać feedbacku (a taki był pierwotny cel – aby autorzy siłujący się z weird fiction mieli feedback od czytelników, aby budowali sobie wśród nich rozpoznawalność i pozycję); książki poza popremierową falą zamówień i incydentalnymi zakupami leżą w magazynie, kurzą się i czekają na ślepy traf.

Choć od pierwszego rocznika w IX (2022) opublikowaliśmy w SU sporo tekstów, które mogły i powinny być dyskutowane, powinny wzbudzić reakcje wśród was, nic takiego się nie działo. Jeśli w ostatnich latach znaczny procent feedbacku w internecie, tym globalnym ścieku opinii każdego na każdy temat, pochodził w znacznym procencie od autorów, to znaczy, że coś tu mocno nie grało. Zresztą, zobaczcie sobie na statystyki na głupim LC. Można się na ten serwis zżymać i każdy z powodów jest dobry, ale jednak jest to jakiś miernik zainteresowania daną pozycją.

Zainteresowanie SU leciało na łeb, na szyję. […]

Dla wydawnictwa, które ma misję i wizję, ale nie jest instytucją dobroczynną, utrzymywanie projektu, który angażuje mnóstwo pracy i zasobów finansowych, ale a) ledwo się zwraca i b) nie spełnia swojego podstawowego założenia, to robota głupiego. Lepiej ten czas zagospodarować racjonalnie i poświecić na pracę na rzecz tytułów poszczególnych autorów.

To jest zresztą w ogóle problem z antologiami: obecnie są bardziej zdarzeniami towarzyskimi, nie literackimi. Ma to swoje dobre strony: ludzie zyskują nowych znajomych, mają szansę zadzierzgnąć się nowe znajomości, można sobie pogadać o tym, że się było razem w jednej książce. No, ale to tyle: ludzie, w zdecydowanej większości, a przynajmniej w większości, która zapewnia rację ekonomiczną w sensownym wymiarze, mają w dupie zbiory opowiadań różnych autorów[1]”.

[1]     https://www.facebook.com/w.gunia

3. Dlaczego to w ogóle napisałem?

           

Ale po co w ogóle piszę ten tekst, co on ma zmienić? Czy ma być to próba działania rychło w czas (sarkazm)? Pewnie tak. W sumie mam poczucie, że mogłem jakoś dołożyć swoją cegiełkę do tego, by Sny promować, by wywiązała się wokół nich dyskusja. A prawda jest dość brutalna – razem z tym z 2025 roku będziemy mieli dziewięć tomów (bo ten z 2020 roku wyszedł podwójny). Tymczasem nie przeczytałem wszystkich. Nie mam wszystkich na półce. Choć śledzę projekt od początku, to nie mogę powiedzieć, bym nawet czytelniczo dał z siebie wszystko. Mogę tylko posypać głowę popiołem i powiedzieć: Tak, ja jestem wśród tych, którzy Sny pogrzebali.

Ale mimo braku jakiegoś wyraźniejszego odzewu w necie zdawało się, że sytuacja nie jest tak zła. Bo przecież i drzewiej nie było tak, że każdy Czytelnik pisał swoją recenzję. Za recenzje odpowiadali profesjonalni Krytycy, a Czytelnicy swoje zainteresowanie wyrażali w zupełnie inny sposób – kupowali książki, czytali je, przychodzili na spotkania autorskie, organizowali się w fankluby itp. itd. Więc to, że na znanych portalach recenzje pojawiały się rzadko… tutaj mała przerwa, którą, mam nadzieję, mi wybaczycie, bo muszę przypomnieć, że „Biały Kruk” recenzował dwa tomy Snów, a są to recenzje zajmujące, więc zapraszam tutaj: https://magazyn.bialykruk.org/festiwal-imaginacji-recenzja-snow-umarlych-polskiego-rocznika-weird-fiction-2019-czesc-i-omowienie-pierwszych-dziesieciu-tekstow/, tutaj: https://magazyn.bialykruk.org/festiwal-imaginacji-recenzja-snow-umarlych-polskiego-rocznika-weird-fiction-2019-czesc-ii-omowienie-kolejnych-dziesieciu-tekstow/, tutaj: https://magazyn.bialykruk.org/festiwal-imaginacji-recenzja-snow-umarlych-polskiego-rocznika-weird-fiction-2019-czesc-iii-i-ostatnia/ i tu: https://magazyn.bialykruk.org/jak-wracaja-umarli-omowienie-snow-umarlych-2022-polskiego-rocznika-weird-fiction/… nie budziło mojego niepokoju, bo sądziłem, że Sny dobrze się sprzedają, a ludzie po prostu w zaciszu domowym chłoną weirdy i przeżywają w cichości serca. Redaktor prowadzący nawet wspominał niegdyś, że któraś edycja sprzedawała się w miarę dobrze. Teraz jednak okazało się, że radość była przedwczesna, bo Sny rzeczywiście dobrze się sprzedawały, ale tylko tuż po premierze, a w ostatecznym rozrachunku przynoszą straty. Po tej wiadomości zrobiło mi się tak przykro, że postanowiłem to napisać. Może kogoś to zainspiruje do zamówienia swojego egzemplarza na stronie Wydawcy. Mam także nadzieję, że także osobom, które przez wszystkie te lata były zaangażowane w tworzenie Snów, zrobi się nieco milej, że ktoś pisze taki tekst (czymkolwiek by on nie był) i może nawet poczują, że cała ta praca jednak to nie na sto procent krew w piach (a jedynie dziewięćdziesiąt dziewięć). Wiadomo, że to za mało i za późno, no ale czasu się nie cofnie. Najlepiej by było, gdyby wydarzyło się jedno i drugie.

4. O czym to w ogóle będzie?

Snach umarłych.

I o Autorach. I o Czytelnikach.

I o literaturze. Tak ogólnie.

Ostatecznie więc może nie będzie to tekst o Snach, ale o pisaniu i czytaniu w Polsce.

5. Jaki to będzie tekst?

Jak to niekiedy bywa z tekstami powstałymi pod wpływem chwili – sam nie wiem. Nie będzie to na pewno topka, choć moglibyście się tego po mnie spodziewać (zaserwowałem Wam już przecież dwie). Raczej rodzaj wspominków, rodzaj podsumowań z perspektywy czytelnika. Może też próba zdiagnozowania zaistniałej sytuacji, próba wyciągnięcia ogólnych wniosków. Taka rozkmina, którą się z Wami podzielę. Może nie najmądrzejsza, może niezbyt inspirująca, może niezbyt trafna. To już sami ocenicie.

6. Rys historyczny

Nie chcę tutaj zaczynać od genezy pomysłu, od tego, kto pierwszy wpadł na tę ideę, dlaczego wpadł i jak to się wszystko rodziło, bo nie mam wiedzy na ten temat. Przypominam sobie za to rok 2018, kiedy to gruchnęła wieść, że coś takiego jak Sny umarłych się pojawi. Nie pamiętam, jak się o nich dowiedziałem, pamiętam za to trailer przygotowany przez Wojciecha Gunię, całkiem spore poruszenie w grozowym światku, no i listę Autorów. A obok Autorów polskich pojawili się też goście z innych krajów – w tym Thomas Ligotti, weirdowy wirtuoz. Nie wiem, czy wszyscy mieli te same odczucia, ale ja miałem wtedy wrażenie, że oto na mych oczach tworzy się historia polskiej grozy. I wiem, wiem – „Na naszych oczach tworzy się historia” to jedno z najbardziej nadużywanych sformułowań w dziejach ludzkości, ale takie były me odczucia. I mam wrażenie, że wielu miało podobne. W 2018 roku Wojciech Gunia, Krzysztof Grudnik i Wydawnictwo Phantom Books zaserwowało nam pierwsze Sny. I wtedy się działo! Mam wrażenie, że to był ten moment, gdy o publikacji mówiło się dużo i w wielu miejscach (wtedy też o Snach napisała „Nowa Fantastyka” – pierwszy i chyba ostatni raz) – nawet jeśli były to jedynie krótkie notki, to jednak pojawiały się dość często. I o tym, że nie jest to tylko moje subiektywne odczucie niech świadczy wspomniane przez Gunię Lubimy Czytać – tom z 2024 roku zainteresował 72 Czytelników, ten z 2023 – 82, a pierwszy, z 2018, 228!

Tego wyniku nie powtórzył zresztą żaden z kolejnych roczników. Ba! Wiele z nich nawet się do niego nie zbliżyło, choć na początku nie było wcale źle. Po sukcesie pierwszej odsłony odzew na kolejny nabór był tak duży, że Twórcy Snów zdecydowali, że tekstów wartych publikacji jest tak dużo, że warto wyłonić nie tylko te, które znajdą się w tomie z 2019 roku, ale od razu te, które wejdą do 2020. Zainteresowanie Czytelników też wydawało się całkiem zadowalające – z tego, co pamiętam, to tekstów o Snach było sporo, a i na Lubimy Czytać widzimy 147 osób zainteresowanych tym tomem. Sny stały się już wtedy uznaną marką i każdy (źródło tych bardzo konkretnych danych: moja głowa) chciał się w nich znaleźć.

Tom 2020 zaskoczył wszystkich, bo okazał się… dwoma tomami. Tj. zamiast wydawać cegłę, którą można by rozbić łeb trolla, albo przerzucać teksty do kolejnej edycji, Ekipa Snów zdecydowała się na dwie książki wydane w tym samym roku. Ale chyba właśnie wtedy po raz pierwszy wyczuło się spadek zainteresowania – chyba po raz pierwszy nie mówiło się za bardzo o Snach, chyba po raz pierwszy premiera nie wzbudziła aż takiego zaintrygowania. A może źle to pamiętam, bo Lubimy Czytać podpowiada, że pierwszym tomem zainteresowało się 81 osób, drugim 100. Sumarycznie nawet więcej niż tym z 2019 roku.

Jakkolwiek by nie było z tym(i) z rokiem „2020” na okładce, to ten z „2021” ma na LC 53 zainteresowanych Czytelników. Był to zresztą ten moment, gdy zdawało się, że przyszłość Snów wisi na włosku. Wydawnictwo Phantom Books ogłosiło, że kończy działalność, zaczęło się czyszczenie magazynów, kolejny nabór stał pod znakiem zapytania, no bo jak robić nabór, skoro nie ma wydawcy? Ostatecznie tamte Sny okazały się jedną z ostatnich propozycji Phantom Books pod wodzą Sebastiana Sokołowskiego (a tą naprawdę ostatnią była, jeśli się nie mylę, także antologia – Wszystkie kręgi piekła), a rocznik znalazł miejsce pod skrzydłami Krzysztofa Bilińskiego i jego Wydawnictwa IX.

Nowe rozdanie zresztą chyba nieco odnowiło zainteresowanie rocznikiem – wg LC jest to najpopularniejsza odsłona Snów pod szyldem IX (tutaj „Krukowy” akcent, bo na kartach tomu z „2022” na okładce znajdziecie także Grzegorza Czapskiego). Z drugiej jednak strony najwyraźniej czuło się, że czas coś zmienić, bo Wojciech Gunia zaproponował, że należy format odświeżyć i wprowadzić tematy, którym podporządkowane byłyby kolejne edycje. I takim oto sposobem dostaliśmy historię (2023), sf (2024) i społeczeństwo (2025). Jak jednak widać, nawet taki krok nie wyniósł Snów z niszy i nie wepchnął ich do głównego nurtu fantastyki. Ale zostawmy te rozkminy na temat nurtów i niszowości. Lepiej zadać sobie pytanie: Jak Autorzy odnaleźli się w rygorze tematycznym? A moja odpowiedź na ta postawione pytanie jest prosta: Zachęcam do sprawdzenia, bo, jak już się rzekło, egzemplarze tych tomów ciągle znajdują się w magazynie IX (a 2025 już  nawet do niego dotarł). Gdy już będziecie się zaopatrywać w te odsłony, nie zapomnijcie o tej z 2022.

7. Najładniejsza okładka?

Nim przejdę do cięższego kalibru rozkmin, coś na rozluźnienie. Która okładka Snów jest najładniejsza? Oczywiście najładniejszą bierzemy tutaj w szeeeerooooki cudzysłów, no bo to łyrd, więc tutaj winien być mrok, cierpienie i mozół, ale sami rozumiecie, o co mi chodzi. Może lepiej byłoby napisać, która okładka trafiła w me gusta. Zresztą mój ranking okładek nikogo pewnie nie interesuje, robię to dla hecy.

Kiedy myślę o serii, to od razu przychodzi na myśl ta z 2018 roku. Na pierwszy rzut oka mamy tutaj jakąś komnatę, której półmrok rozpędza pomarańczowe, słabe światło. Ale drugi rzut oka i komnata okazuje się… miastem? Tak, te struktury w tle – toż to budynki! Budynki bez drzwi, za to z niewieloma oknami na najwyższych piętrach. Dolne piętra przypominają jednolity mur. A struktury owe połączone są pajęczynami. Ale najciekawsze są jednak postacie ludzkie – oto jakiś samotny bohater otoczony jest przez innych ludzi, którzy mu się przyglądają… Nie, otoczony to złe słowo. Po prostu stoją i patrzą na tego samotnego protagonistę siedzącego na stołku.

Jeśli swoim nieporadnym opisem nie oddałem dziwności tej okładki, to jest to wyłącznie moja wina, bo rzecz jest naprawdę niepokojąca i dziwna. Przedmiot na pierwszy rzut oka czymś nam się wydaje, ale na drugi okazuje się czymś innym. Moim zdaniem to kwintesencja weirdu. Tak więc to mój faworyt.

Drugie miejsce to 2019. Zwyczajne mieszkanie (choć dziwnie puste – opuszczone?), sznur prześcieradła niknący w pogrążonym w mroku drugim pokoju. A między nimi (w przedpokoju?) pies. A raczej połowa psa. Widać tylko jego tylne nogi i ogon. Wszystko wydaje się normalne, ale wszystko jest nie tak.

W ogóle – nie ujmując nic okładkom Wydawnictwa IX! – te z okresu Phantom Books są wspaniałe.

8. Moje powody – czy też raczej powody według mnie – i związane z tymże przemyślenia

a) Wstęp i tezy (bo długo będzie)

No dobra, uśpiłem trochę Waszą czujność rozważaniami estetycznymi, teraz zdejmuję rękawiczki i uderzam z lewego sierpowego. Żart, żart. Żadnego uderzenia nie będzie, to tylko nawiązanie do początku tekstu. Będzie jednak gorzko i tu prośba, żeby nikt nie odbierał tego jako personalnych pojazdów (nie mam takiego zamiaru) czy w ogóle jako krytykę (tym bardziej). Jak się przekonacie, rozumiem zjawiska, które zaraz opiszę, chcę tylko po prostu postawić diagnozę i podzielić się z Wami moimi przemyśleniami. Może komuś się to do czegoś przyda.

Bo analiza Wojciecha Guni jest trafna, ale ja bym ją rozbudował o kilka wątków. I od razu chciałbym postawić filary (TM) mojej tezy (R) – na tychże filarach (TM) będę budował dalej dyskurs.

Otóż:

  1. Czytelnictwo w Polsce utrzymuje się na poziomie około 40% – i jest pod tym względem lepiej niż jeszcze cztery lata temu, gdy było to 30% (źródło – Biblioteka Narodowa). Oczywiście statystyka ma to do siebie, że nie pokazuje wszystkich niuansów zagadnienia. Ktoś kiedyś nawet dość nieładnie wypowiedział się o statystyce w taki sposób: „There are three kinds of lies: lies, damned lies, and statistics”. Jednakże dla dalszych rozważań ważne jest to, że 40% to wcale nie tak mało.
  2. Czytelnicy wolą powieści od antologii. Źródłem jest moje przeczucie. Z drugiej jednak strony są antologie, które na LC mają dość dużo Czytelników. Na wspomnianym portalu można też obserwować odwrotną sytuację – niekiedy antologia, w której wystąpił Autor, cieszy się większym powodzeniem od jego samodzielnej książki.

Należałoby więc chyba zrewidować ten punkt i sformułować go tak:

Czytelnicy ZAZWYCZAJ wolą powieści od antologii.

  1. Literatura przegrywa z filmami, serialami, grami komputerowymi, muzyką. Literatura to nisza sztuk.
  2. Fantastyka jest niszą literatury.
  3. Horror jest niszą fantastyki.
  4. Weird to nisza horroru.
  5. Ergo – weird to nisza niszy niszy niszy.
  6. Ergo – antologia weirdu to nisza nisz, najbardziej niszowa nisza, jaką można znaleźć.

I tu w sumie można by rzecz zamknąć i się rozejść. Sny nie cieszą się popularnością, bo jest to nisza i tylko promil Czytelników może się nimi zainteresować. Świat nie jest jednak tak prosty i jeśli sobie przypomnimy liczby, które przytoczyłem wcześniej, to zobaczymy, że pierwsze Sny nie ustępowały zainteresowaniem wielu antologiom. Przeprowadzka Snów do IX też była chyba takim momentem, gdy zainteresowanie odżyło. Co się więc stało po drodze?

Nie jestem w stanie udzielić jasnej odpowiedzi i rzucić jakąś prawdą obiektywną, bo jako zwyczajny człowiek nie mam takiej wiedzy. Mogę spróbować za to zwrócić uwagę na pewne zjawiska.

Nim jednak do tych pewnych zjawisk przejdziemy, dodam jeszcze jeden filar – Czytelnicy więcej książek kupują, niż czytają. I to dotyczy każdego z nas. Człowiek obławia się na różnych targach, a potem rzecz czeka na półce na swoją kolej. Tak to po prostu jest. Może ze Snami było tak, że ludzie kolekcjonowali roczniki, ale lekturę odkładali ciągle na później? Kto wie. Jednak na potrzeby tego tekstu skupimy się na ludziach, którzy kupili i przeczytali.

b) Pewne zjawiska albo Autor i Czytelnik w jednym (?) stali domu

Autor potrzebuje Czytelnika, Czytelnik Autora, bo bez siebie nawzajem by nie istnieli. Banał. Ale śmiem stawiać tezę, że choć ich relacja powinna być partnerska – po barthesowsku tworzą przecież razem tekst – to jednak moim zdaniem teraz często cechuje ich niestety relacja antagonistyczna. Co mam na myśli? O tym za chwilę.

Wojciech Gunia wspomniał, że odzewu Sny jako takiego nie miały. Słusznie, trudno temu zaprzeczyć, bo twardym faktom trudno zaprzeczać (chyba że się bardzo chce, ale to nie zmieni faktów). Śmiem jednak twierdzić, że kiedyś także wiele utworów nie miało odzewu w sensie recenzji, opinii i dyskusji. Nie muszę tutaj sięgać po wielkich romantycznych Twórców, którzy stworzyli rzeczy przełomowe, a których za ich życia pies z kulawą nogą nie skomentował (zresztą komentujący pies to widok niecodzienny). Nie musimy wzbijać się aż na takie szczyty. Literatura popularna – to nam wystarczy. Dyskusja na temat popularnych Autorów kiedyś toczyła się wszak głównie w kręgach akademickich, a recenzjami zajmowały się odpowiednie czasopisma i profesjonalni krytycy. Czasem nawet i we wspomnianych kręgach akademickich dyskusji nie było, bo nie wypadało sięgać po autora popularnego. Nie sięgnąłem po żadne dane, ale mam przeczucie, że w czasach największej popularności Joanny Chmielewskiej co druga praca naukowa nie była poświęcona jej twórczości i nie poświęcono jej co drugiej konferencji. Zupełnie inaczej było zapewne na łamach czasopism, bo była przecież siłą, z którą należało się liczyć (wszak Agatha Christie to polska Joanna Chmielewska!). Ale czy mieliśmy milion recenzji i opinii napisanych przez rzeszę jej fanów? Czy każdy Czytelnik zobligowany był do napisania choć dwóch zdań na temat jej najnowszej książki? Nie. Jasne, zapewne pojawiały się w czasopismach listy rozentuzjazmowanych fanów, na spotkaniach autorskich ktoś jej powiedział nieraz: „To pani najlepsza książka!”. Jasne, technologia nie dawała możliwości, by się tak szybko i bez problemu wypowiedzieć. Teraz mamy zupełnie inne możliwości. Ale to nie miało znaczenia, bo o zainteresowaniu świadczyło coś innego. Widzicie już, do czego dążę?

Do tego, że Czytelnik nie jest zobligowany bo pisania opinii na temat dzieła Autora. I ja rozumiem, że Autor by chciał, rozumiem, że Autor potrzebuje feedbacku. Ja rozumiem, że włożył w swój tekst wszystko – pot, łzy i resztę sił, może nawet zdrowie – i kocha swój tekst. Pragnie, by ktoś mu odpowiedział, pokazał, że cały ten wysiłek nie poszedł na marne. To zrozumiałe i uważam, że Autor ma do tego prawo. Ale prawem Czytelnika jest też czytać i zamilknąć. A przemawiać do Autora może przecież w inny sposób. Kupując książkę, daje mu znać, że jest zainteresowany. Kupując kolejną, daje mu znać, że pragnie więcej. Może wyrazić opinię za pomocą zwykłej oceny – bez recenzji – na jakimś portalu. Nie musi więc koniecznie konstruować wielostronicowych analiz tekstu, nie musi pisać nawet dwóch zdań. Albo może obserwować fanpage, może dać serduszko pod postem. Ma całą gamę sposobów na wyrażenie swojego zdania. Sądzę więc, że nie ma się co na Czytelnika denerwować za to, że nie mówi wprost, co sądzi. On daje znać Autorowi o swoim zainteresowaniu na wiele różnych sposób. Jakkolwiek to nie zabrzmi – przede wszystkim portfelem i właśnie lekturą. Poświęca więc dla Autora swoje pieniądze i swój czas.

Problemem jest to, że w przypadku Snów takich sygnałów niewerbalnych nie było. Ale czy  winy nie ponoszą także Autorzy?

Nie chodzi mi tutaj o konkretnych Autorów ani nawet o Autorów Snów. Chodzi mi o ogólny trend.

Bo spójrzcie, drodzy Autorzy, na sprawę z punktu widzenia Czytelnika. On przeczytał, ocenił, swoje zrobił. Nawet nie ma pojęcia, że ktoś od niego chce coś więcej. Czytelnik jest od czytania, więcej wymagać od niego nie można. Nie każdy ma potrzebę dzielenia się ze światem swoimi przemyśleniami. Wielu też nie czuje, aby byli upoważnieni, aby mieli kompetencje (jeśli tak czujesz – wiedz, że każdy ma prawo się wypowiadać i masz te kompetencje, nie bój się!). Może nawet nie wiedzą, jak swój tekst napisać. Co napisać. Jak ubrać w słowa swoje myśli. Może nie mają nawet jakichś głębokich przemyśleń, może po prostu im się podobało lub nie podobało. I wydaje im się, że więcej się z tego ulepić nie da.

Ale jeśli już jakiś Czytelnik dojdzie do wniosku, że chce coś napisać, musi stawić czoła różnym trudnościom.

 

c) Różne trudności Czytelnika, który chce stać się Krytykiem (albo przynajmniej Opiniotwórcą)

Najważniejszą (czy też największą) trudnością (najtrudniejsza trudność?) jest to, że nie ma szans, by się WSZYSTKIM WSZYSTKO PODOBAŁO. O tym Autor często zapomina, ale o tym szerzej za chwilę. W tym kontekście wspominam o tym, bo po prostu nie ma szans, by Czytelnik przeczytał dwadzieścia tekstów i by mu się wszystkie podobały. Albo wszystkie podobały tak samo. Nie no, przesadzam – szansa taka zawsze jest. Wszystko się może zdarzyć etc. Ale jest to zjawisko bardzo rzadkie i nie trzeba tu nawet uciekać się do statystyk, sądzę, że się wszyscy zgodzimy, że tak jest. Czytelnik więc musi sobie poradzić z tym problemem, że pisząc recenzję, będzie musiał kogoś skrytykować. Nie każdy czuje się z tym komfortowo. Pewnym wyjściem z sytuacji jest recenzja bardzo ogólna. „Eee, antologia jest bardzo fajna, dobrze wydana, okładka profesjonalna, tekstów różnorodność, strony dobrze zszyte, książka się nie rozpada, tu każdy znajdzie coś dla siebie!”. Ale przyznajcie sami – czy taka recenzja zadowala Autorów? Nie, oni chcą konkretnych nazwisk! Ten był super (a najlepiej, abym to ja się okazał owym Tenem!), a ci muszą jeszcze popracować (najlepiej, żebym to nie był ja!). Czy taka recenzja zadowala innych Czytelników, którzy sięgną po nią, by się czegoś dowiedzieć o książce przed zakupem? Nie sądzę, taki tekst nie zachęci nikogo. Czy w ogóle takie teksty mają jakąś wartość użytkową czy estetyczną? No nie wiem. Ewentualnie może upewnić zainteresowanych, że antologia nie jest jakimś stworzonym naprędce potworkiem pełnych błędów i ledwo trzymającym się kupy – a to w sumie jednak ważna informacja zwrotna. I znowu – nie jest to zarzut do Czytelnika, który taki tekst stworzył. Ja go doskonale rozumiem – nie chcąc nikogo urazić, lawiruje jak na polu minowym, by przypadkiem komuś na odcisk nie nadepnąć i nie wywołać eksplozji. OK. Ale jednak to te bardziej konkretne teksty, może nawet lekko konfrontacyjne (oczywiście z punktu widzenia Autora) są dla piszących bardziej wartościowe (i dla Czytelników zainteresowanych kupnem antki także).

Tylko że tutaj Czytelnik naraża się na większe niebezpieczeństwo i bierze na swoje barki większy ciężar.

 

d) Konfrontacja, czyli inne recenzje

Bo teraz ma dwie drogi:

1) Recenzja typu: „Do moich ulubionych opowiadań należą te i te, reszta nie przypadła mi do gustu”.

2) Recenzja typu: „Zabieramy się za antologię po kolei, będę oceniał każde opowiadanie”.

Lecz różnica jest iluzoryczna. W pierwszym przypadku i tak Czytelnik daje znać, czyj tekst mu się nie podobał. Jedyne, co się zmienia, to to, że nie uzasadnia, czemu mu się nie podoba. Na pierwszy rzut oka pierwsze wyjście jest lepsze, bo nikt nie poczuje się dotknięty, ale tylko konstruktywna krytyka pozwala się Autorowi rozwijać, toteż wyjście drugie będzie w istocie lepsze – nawet jeśli będzie musiał przełknąć gorzką pigułkę. Ale dla Czytelnika napisanie takiego długiego tekstu i analiza każdego opowiadania może wydawać się zbyt trudne.

Ale załóżmy, że się przełamie i napisze. I tutaj do akcji często wchodzi Autor. Jak już pisałem – mam dużo zrozumienia dla Autora, który wkłada w swoje teksty całego siebie. Ale z drugiej strony często Autor nie jest w stanie przyjąć krytyki. Żąda wręcz, by jego tekst podobał się Czytelnikowi, niczego innego nie przyjmie (ewentualnie z trudem przełknie brak opinii na temat jego tekstu). Ktoś więc poczuje się dotknięty, komuś będzie smutno. Dla wrażliwego Czytelnika, który nie chce przecież zrobić nikomu przykrości, a jedynie wyrazić swoją opinię, może to być na tyle nieprzyjemne doświadczenie, że zrezygnuje z pisania opinii. Nie po to przecież je tworzy, by komuś świat się walił. Ale reakcje mogą być jeszcze inne – irytacja, gniew, a nawet defensywa przechodząca w ofensywę. I ja rozumiem – Czytelnik ma prawo wyrazić swoją opinię. Problemem jest to, że niekiedy Autor nie chce tego przyjąć do wiadomości. Tak więc bierze reckę osobnika, który śmiał skrytykować jego dzieło, pokazuje innym screena wraz z nickiem nieszczęśnika i wyśmiewa go publicznie. „Patrzcie, jaka głupia recka! Gość napisał dwa zdania, jeszcze z pięcioma błędami, i patrzcie, nie podobało mu się moje opowiadanie! Może to dlatego że GO NIE ZROZUMIAŁEŚ, co? Bo nie masz mózgu?”.

No i taki Czytelnik, który dostaje taką metaforyczną fangę w nos tylko za to, że chciał się podzielić swoją opinią i nie spodobał mu się tekst konkretnego pisarza, może się zniechęcić do dzielenia się swoimi opiniami. Po co, skoro zostaną wręcz zaatakowane, wyśmiane?

I znowu – rozumiem Autora. Rozumiem też, że skoro Czytelnik ma prawo do opinii, to Autor ma też prawo do polemiki. I nie sądzę, by nawet mocna polemika, zażarta debata i emocje były złe. Przed wojną wszakże profesorowie uniwersytetów podobno bili się laskami, dyskutując o wyższości jednego pisarza nad drugim (choć oczywiście jestem przeciwny uderzaniu się laskami po głowach)! Chodzi mi o to, że w dyskusji nie powinno być czegoś takiego jak agresja – ale także delikatność. To jest: dyskutujemy na temat TEKSTÓW, nie na temat osób. Wycieczki osobiste nie powinny mieć miejsca, ale moim zdaniem tekst to fair game. Jeśli ktoś będzie się bał powiedzieć, co myśli, w obawie, że kogoś urazi, to źle, bo dyskusja umiera. Jeśli ktoś będzie się bał powiedzieć, co myśli, w obawie, że zostanie wyzwany od idiotów, to też źle, ale z zupełnie innych powodów. Wydaje mi się, że i Autorom, i Czytelnikom trzeba po prostu więcej luzu i dystansu. Drogi Autorze! Jeśli ktoś napisze, że Twój tekst miał błędy logiczne, to nie znaczy, że jesteś głupi! Nie musisz wchodzić w tryb ostrej obrony i w odwecie pokazać, jaki to Czytelnik jest głupi. On ma prawo do swojej opinii. I – uwaga! – ma prawo nie lubić Twoich tekstów. Ma prawo nawet nie lubić Twojego pisarstwa tak ogółem. Wiem, to boli, ale z ręką na sercu – czy Tobie wszystko się podoba? Nie. Nie bierz sobie więc aż tak do serca jego opinii. Czytelniku! Autor ma prawo odnieść się także do Twojej opinii. Pamiętaj także, że jest bardzo związany ze swoim tekstem. Poświęcił mu bardzo dużo czasu. I dlatego też krótka notka pt. „Ale głupi tekst!” jest często nie na miejscu. Bo może tekst był nieudany… ale może po prostu poświęciłeś mu za mało czasu? Przeczytałeś go po łebkach? Nie chciałeś spróbować zrozumieć? Autor włożył dużo wysiłku w swój tekst. Ile Ty poświęciłeś analizie jego tekstu? Czy naprawdę opowiadanie jest beznadziejne, czy nie zastanowiłeś się nad nim? Nie spróbowałeś spróbować zrozumieć, czemu Autor zrobił w nim to, co zrobił, i co chciał osiągnąć? I czy na pewno rzecz, która nie trafia w Twoje gusta, jest denna, a na ile… no po prostu nie wpasowała w Twoje gusta? Na przykład nie lubisz horrorów, OK. Ale czy każdy horror zasługuje na 1/10? Może w swojej kategorii jest OK?

I przepraszam, jeśli brzmi to jak mentorski ton osobnika, który wie, jak żyć, i ma monopol na prawdę i poucza innych. Nie miałem takiego zamiaru. Jestem zresztą nonamem, zwyczajnym bolkiem z internetu, którego opinia się nie liczy. Ale ja po prostu chciałbym się z Wami podzielić moimi przemyśleniami, pomysłem, co nie zadziałało i czemu stało się to, co się stało. Oczywiście mogę się mylić i macie prawo napisać mi, jakie głupoty w tym tekście popełniłem. Po prostu chciałbym, żeby wszyscy mieli więcej luzu i dystansu do dyskusji, ale przy tym nie bali się dyskutować. Jeśli jedni będą tańczyć jak na polu minowym, nie chcąc nikogo urazić, a drudzy będą walić złośliwie innym między oczy, to równie dobrze można wszystkie dyskusje zamknąć. I zamilknijmy wszyscy, bo to nie ma sensu.

Ale, jak widać, kiedy milczymy, nie jest dobrze.

A przecież Autor i Czytelnik powinni współpracować przy tekście. Tymczasem często mam wrażenie, że jest to walka – Czytelnik nie chce współpracować z Autorem, za to tekst traktuje jako coś, z czym należy walczyć, Autor natomiast nie chce poznać oceny Czytelnika (mimo tego że mówi, iż właśnie tego pragnie). Autor staje na głowie, by stworzyć jak najlepszy tekst, a Czytelnik zbywa to wzruszeniem ramion i rzuceniem słowa na „g”, natomiast Czytelnik daje swój czas Autorowi, opisuje swoje wrażenia, a Autor niezadowolony, że Czytelnik nie odkrył nawiązań do XVII-wiecznej wiejskiej poezji norweskiej, rzuca pod jego adresem inne słowo na „g” (tym razem pejoratywne, ale niewulgarne).

I oczywiście nie mówię tutaj o sytuacjach, kiedy to ktoś daje tekstowi 1/10 z zasady. Nie stara się dostrzec żadnych plusów tekstu. Kiedy wali jedynkami w nielubianego Autora, nie czytając nawet jego utworów. Nie mówię też o totalnym deprecjonowaniu utworów czy inicjatyw na zasadzie „bo tak”. Tak być nie powinno.

Jak widzicie, nie biorę niczyjej strony, ale też nikogo nie oskarżam. Czasami zresztą tekst nie siądzie… i nie jest to niczyja wina. Po prostu różne gusta.

 

e) Autor jako Czytelnik, który pisze recenzje

Ale po jeszcze bardziej kruchym lodzie stąpa chyba Czytelnik, który jest równocześnie Autorem i chce napisać recenzję.

No bo patrzcie – taki Autor może być w pułapce. Jeśli komuś da dobrą reckę – no to może dlatego, że są kumplami i razem jedli pierogi na jakimś konwencie. Oj, kolesiostwo się szerzy. Jeśli kumplowi da złą reckę, to ów kumpel może ze zdumieniem mu rzec: „Ale ja ci dałem dobrą reckę!”, a w ekstremalnym przypadku znajomość może się zakończyć. Na dodatek wszelka krytyka może odbić się rykoszetem – obiekt krytyki może zapamiętać, kto mu dał 5/10, i przy najbliższej okazji oddać mu to z nawiązką. Dobra rada typu: „Tutaj bym inaczej skonstruował postać” może wrócić ripostą pt. „Co będziesz mi radził, jesteś jakimś ekspertem od tworzenia postaci? Przecież twój Wilkenrondusaxem z twojej najnowszej powieści to napisany jest tak, że ja bym go lepiej napisał nogą! Za kogo się uważasz?”.

Zwróćcie uwagę – może tak się stać. Nie twierdzę, że tak się dzieje. Ale już same możliwe niebezpieczeństwa, na które narażony jest Autor piszący recenzję, pokazuje, że może to być zadanie niewdzięczne albo podejrzane dla ludzi z zewnątrz. No bo także Czytelnik może rzucić okiem na reckę Znanego Pisarza 1, który chwali Znanego Pisarza 2 i pomyśleć sobie: „Kumple się klepią po pleckach, to nie recenzja, to reklama kolesiów!”. A gdy ZP1 skrytykuje ZP2, to Odbiorca może pomyśleć: „Hm, ciekawe, co ten ZP1 ma do tego ZP2, wyczuwam skandalik obyczajowy!”. I znowu – tekst się gdzieś w tym wszystkim może zgubić, znaleźć na dalszym planie, a niezorientowanemu obserwatorowi wydawać się, że te recenzje to jedynie zdarzenia towarzyskie.

Ale na tym nie koniec. Bo przecież może też się zdarzyć tak, że Autor pisze sam sobie pełne zachwytu recenzje (łał!). Może też mieć multikonta na znanych portalach, by samemu sobie dawać dyszki (łał!). Hipotetycznie – może się tak zdarzyć? Może. Jak w takiej sytuacji brać recenzje na poważnie jako poważne źródło wiedzy na temat utworów?

No ale zostawmy to już. Ciekawsza sytuacja jest taka: Autor nie chce czytać innych Autorów, ale chce, by czytano jego. I ja rozumiem, Drogi Autorze – jesteś zmęczony. Masz wiele rzeczy na głowie. Nie masz czasu na czytanie innych Autorów. Ale pomyśl sobie, że oni są w takiej samej sytuacji. Dlaczego oni mają znaleźć czas na czytanie Ciebie, skoro Ty nie znajdujesz czasu dla nich? I nie chodzi mi tu o sytuację typu jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Nie jest to na pewno intencjonalne zachowanie – po prostu działa tu pewien ogólny mechanizm. Siedzimy w takiej sytuacji, w której każdy czyta siebie, wymagając od innych uwagi, uwagi, której nie otrzyma. Może więc warto odważnie spojrzeć w lustro i odpowiedzieć sobie na pytanie: Ile cudzych opowiadań przeczytałem w tamtym roku?

To się łączy z jeszcze innym zjawiskiem, kiedy to Autor w mediach społecznościowych chwali jakąś antologię, bo on w niej jest, daje dychę takiej antologii bez czytania całości, bo jego tekst w niej jest, i w różnych plebiscytach głosuje sam na siebie. I jasne, fajnie wygrać jakiś plebiscyt na najlepsze opowiadanie antologii / numeru, ale czy naprawdę o to w tym wszystkim powinno chodzić? Czy nie lepiej jednak głos oddać na… o jejku!… na tekst KOGOŚ INNEGO? Taki, który naprawdę Ci się podobał? Docenić cudzą pracę?

9. Autorzy pojawiający się najczęściej w Snach

No ale wróćmy do Snów. Pomyślałem, że dla hecy stworzę taką listę Autorów, którzy występowali w Snach. Będzie to (dobra, mam nadzieję!) ściągawka dla wszelkich Zainteresowanych. Poza tym niech to będzie taka Galeria Śniących, hołd dla wszystkich tych, którzy na łamach Snów coś opublikowali. Ale żeby było zabawniej / ciekawiej, postanowiłem wyliczyć, kto ile razy występował na łamach rocznika. Liczba występów o niczym oczywiście nie świadczy, ale robimy to dla hecy, jak się już rzekło, niech to będzie taka ciekawostka. Literatura to nie bieg na sto metrów, więc jeśli ktoś wystąpił sześć razy, to nie oznacza, że jest bogiem weirdu, a jeśli ktoś wystąpił okrągłe zero razy, to nie oznacza, że się do niczego nie nadaje. Raczej świadczy jedynie o konsekwencji Autorów – bo jeśli ktoś wystąpił sześć razy, to znaczy, że napisał co najmniej sześć utworów i co najmniej sześć razy je wysłał na nabór.

No dobra, lecimy. Alfabetycznie.

 

a) Autorzy, którzy wystąpili w jednej edycji rocznika

Lech Baczyński, Daria Banasiewicz, Piotr Barej, Jakub Bielawski, Szymon Bokot, Mateusz J. Bonifaczuk, Michał Bończyk, Beata Zuzanna Borawska, Piotr Borowiec, Alicja Borowik, Bartłomiej Ból, Michał Brzozowski, Mort Castle, Jakub Chilimończyk, Rafał Christ, Grzegorz Czapski, Tomasz Czarny, Mateusz Dębski, Agata Domagała, Joanna Dzięciołowska, Kurt Fawver, Łukasz Marek Fiema, Jakub Filipkowski, Bartłomiej Fitas, Ian Giedrojć, Kamil Giedrys, Zbigniew Golemienko, Elena Gomel, Norbert Góra, Michał Gralak, Lidia Gręda, Krzysztof Grudnik, Artur Grzelak, Wojciech Gunia, Justyna Hankus, David Harrington, Roland Hensoldt, Dariusz Jakubik, Tomasz Kempski, Jarosław Klonowski, Konrad Knapek, Katarzyna Ophelia Koćma, Kathe Koja, Marek Kolenda, Mateusz Kopacz, Patryk Kosenda, Dominika Kowalska, Daniel Krawczyk, Agnieszka Kwiatkowska, Paweł Lach, John Langan, Marta Magdalena Lasik, Małgorzata Lewandowska, Thomas Ligotti, Karina Łagowska, Rafał Łoboda, Marcin Bartosz Łukasiewicz, Grzegorz Maryniec, Paweł Matuszek, Marcin Mierzejewski, Marcin Miętus, Franciszek Mock, Olga Niziołek, Jon Padgett, Łukasz Patalan, Aneta Pazdan, Jacek Pelczar, Gabriela Pieruń, Rafał Pietrzyk, Michał Pięta, Michał Pleskacz, Izabela „9kier” Pogiernicka, Tomasz Połoński, Agata Poważyńska, Michał Puchalski, Ela Raj, Anna Magdalena Sakowska, Michał J. Sobociński, Kamil Subzda, Agata Suchocka, Bartłomiej Szwajger, Katarzyna Szymonik, Marcin Ścibura, Marek Trusiewicz, Jakub Tyszkowski, Adam Włodarczyk, Adrianna Wiśniewska, Agnieszka Wnuk, Emilian Wojnowski, Mariusz Wojteczek, Flora Woźnica, Jakub Wsuwka, Marek Zychla, Małgorzata Żebrowska, Patrycja Żurek

 

b) Autorzy, którzy wystąpili w dwóch edycjach rocznika

Dagmara Adwentowska, Leszek Baderski, Aleksandra Bednarska, Rafał Chojnacki, Daniel Gapiński, Sylwester Gdela, Tomasz Graczykowski, Radosław Jarosiński, Maciej Kaźmierczak, Marta Kładź-Kocot, Artur Laisen, Jakub Luberda, Dariusz Ludwinek, Paweł Mateja, Krzysztof Matkowski, Marcin Mleczak, Bartosz Orlewski, Wiktor Orłowski, Aleksander Paradowski, Przemysław Pilarek, Krzysztof Rewiuk, Paulina Rezanowicz, Ines Siwińska, Filip Świerczyński, Istvan Vizvary, Paweł Wącławski, Sylwia Wełna, Anna Maria Wybraniec, Robert Zawadzki

 

c) Autorzy, którzy wystąpili w trzech edycjach rocznika

Łukasz Borowiecki, Filip Duval, Agnieszka Fulińska, Łukasz Krukowski, Krzysztof Maciejewski, Przemysław Poznański, Łukasz Redelbach, Magdalena Świerczek-Gryboś

 

 d) Autorzy, którzy wystąpili w czterech edycjach rocznika

Olaf Pajączkowski

10. Co z tym zrobić?

Jeśli chodzi o Sny – nic nie robić. Nic już nie można zrobić. Można rzucić się szturmem na magazyny IX i wyczyścić je z roczników (oczywiście zostawiając IX pieniądze!). To będzie chyba najlepsze, co można dla nich zrobić. Kupić je i czytać. Być może taki szturm zmieniłby decyzję wszystkich zaangażowanych w projekt i rzecz jak ten ptak z popiołów by powstała i nastała nowa era Snów… no ale wszyscy wiemy, że tak się nie stanie. Ci, którzy mieli kupić, już kupili, a Ci, którzy nie są zainteresowani, nie kupią. Wracamy więc do punktu wyjścia. Polecam przy tej okazji akcję zapoczątkowaną przez Katooolę #umarliwciążśnią. Wbijajcie na jej Instagrama, poczytajcie, o co chodzi, i – jeśli macie ochotę – bierzcie udział!

Jeśli chodzi tak ogólnie – fajniej byłoby, gdyby dyskusja się zmieniła; mniej szarpania się między sobą lub szarpania się o pierdoły, a więcej szarpania się o literaturę. Mocnych dysput, przerzucaniem się argumentami, rozkładaniem na czynniki pierwsze utworów, wskazywanie, co w utworach gra lub nie. To nie tylko nie zaszkodziłoby nikomu, ale wręcz pomogłoby utworom.

Dyskusji o Snach nie było – i może wszyscy jesteśmy temu winni? Może to nasze działania stworzyły taką atmosferę, w której dyskusja po prostu nie mogła się narodzić? A może wręcz przeciwnie – może nie mogła się narodzić, bo Sny nie siadły, nie zainteresowały odbiorców, nie zdołały się przebić przez błonę rzeczywistości do szerszego kręgu, bo po prostu od początku taka była ich natura, że nie były zdolne tego zrobić?

Może więc to wszystko nasza wina, może nie ma w nas zupełnie winy, a może tylko w części jesteśmy winni, a reszta to niezależne od nas okoliczności. Rozstrzygnięcie pozostawiam Wam.

           

                                                           Don Pedro de la Vega z Krainy Borostworów