Coś więcej niż romans – „Prawo łaski” Karoliny Żuk-Wieczorkiewicz

To miało być krótkie i lekkie opowiadanie „z pieprzykiem”, jak wskazuje w podziękowaniach autorka. Z takim też nastawieniem sięgałam po Prawo łaski Karoliny Żuk-Wieczorkiewicz – spodziewałam się, że opowieść, która z pierwotnego założenia urosła do samodzielnie wydanej noweli z uniwersum Avaroth, zaserwuje mi pikantny romans. A ponieważ w przyprawionych w ten sposób literackich potrawach niekoniecznie gustuję, podchodziłam do lektury z lekkimi obawami. Czy okazały się one słuszna? Na moje szczęście autorka zgotowała w tej książce coś znacznie poważniejszego, a przy tym pozostała w przystępnej, humorystycznej formie. Trzeba przyznać, że dużą sztuką jest zachowanie takiego wyważenia z pełnym poszanowaniem podjętego tematu, biorąc pod uwagę jego ciężar.

 

Zanim jednak odkrywamy, o czym przede wszystkim jest Prawo łaski, na samym początku razem z głównym bohaterem trafiamy z więziennej celi prosto w objęcia zniewalająco pięknej księżnej. Trzeba przyznać, że dystans między bohaterami został skrócony bardzo szybko (czy nie za szybko?), co jednak sporo nam o nich mówi – o barbarzyńskim najemniku, który kobiece wdzięki stawia na wysokim miejscu w hierarchii wartości, oraz władczyni, która z mnogości partnerów uczyniła symbol swojej niezależności. Szybko jednak romans przeradza się w intrygę polityczną i śledztwo, które Savander wszczyna z polecenia księżnej Araven, a dokładniej – otrzymuje propozycję nie do odrzucenia, by odkupić przewiny. I tu zaczyna się robić ciekawie.

 

Dalsze przedstawianie fabuły byłoby już sporym spoilerem i odebraniem przyjemności z odkrywania kolejnych elementów układanki, ale trzeba tu wskazać, w którą stronę zmierza historia i co, a raczej kto znalazł się w jej centrum. Sierota z Adeny, bo tak znana jest w księstwie Ceverde, miała to nieszczęście, że wpadła w oko grupie szlachciców, przekonanych o swojej bezkarności. Nie zjawił się nikt, by ocalić dziewczynę przed najgorszym… ale sprawiedliwości stała się zadość.

 

Chociaż w Prawie łaski śledzimy wydarzenia najczęściej z perspektywy Savandera, jest to opowieść mocno kobieca – nie tyle dla kobiet, ile o kobietach, których doświadczenia od wieków okazują się z dzisiejszej perspektywy niepokojąco niezmienne. Przyznam, że z początku nieco kłóciło mi się zestawienie skrzywdzonej Sieroty z księżną Araven, która słynie z rozwiązłości… dopóki te dwa odmienne światy nie znalazły wspólnego punktu. Obie bohaterki, dla których seks oznacza coś skrajnie innego, doświadczają bowiem tego, że mężczyznom w tej sferze pozwala się na więcej. A gdy losy tych kobiet się splatają, pojawia się szansa na zmianę.

 

Nie mogę również nie wspomnieć o balladach, które uświetniły opowieść jako kolejne elementy układanki, wzmocniły karczemny (dosłownie i w przenośni) klimat, a do tego połechtały moją poetycką duszę. Polecam czytać je wtedy, kiedy wskazuje na to fabuła – otrzymujemy w ten sposób pełny obraz sytuacji i odczuwamy wpływ utworów na wydarzenia. Bo trzeba Wam wiedzieć, że bardowskie pieśni stają się narzędziem w intrydze niczym novigradzkie przedstawienie teatralne, które w Dzikim Gonie pozwala Geraltowi odnaleźć dopplera Dudu.

 

Prawo łaski to w moim odbiorze utwór kompletny w swojej konwencji – nie próbuje być tym, czym nie jest, a zarazem nie pozostaje na poziomie lektury do poduszki. Przewija się w nim jednak wątek, który pozostawił we mnie niedosyt – skoro czytam fantasy, spodziewam się w przedstawionym świecie… magii! I oto jest – zaskakująca, intrygująca, niebezpieczna… ale ostatecznie pozostająca na dalszym planie. Otrzymujemy zaledwie jej iskierkę, która nie ma przestrzeni, by się rozniecić.

Jeśli Prawo łaski wpadnie w Wasze ręce, a nie czytałyście/czytaliście trylogii Patrycjuszka osadzonej w tym samym uniwersum (którą również recenzowałam na łamach „Białego Kruka”), naturalnie nasuwa się pytanie – czy trzeba znać poprzednie książki autorki? Powiem tak – nie jest to konieczne, by zrozumieć historię, ale wówczas poza Waszym zasięgiem zostanie kilka mrugnięć okiem. Kolejność lektury, jak mi się wydaje, nie ma znaczenia – jeśli więc po przeczytaniu Prawa łaski będziecie się zastanawiać, kim, do licha, jest Amain Avero an Daar i co łączy go z Savanderem… uniwersum Avaroth stoi otworem!

 

Natalia Kubicius