Wzeszło Słońce, przyszła ciemność. O „Hosannie” Szymona Majcherowicza
Całkiem długo, bo pięć lat, kazał Szymon Majcherowicz czekać swoim fanom, wielbicielom i wyznawcom na kolejnego pełniaka. Mimo że niemal wszystkie utwory składające się na Hosannę pojawiły się już gdzieś wcześniej, to jednak zawsze ważny to moment, gdy rozsiane dotąd single chwytają swoje łapska i pod wspólnym sztandarem (świetna okładka autorstwa Barbary Komanieckiej!) przemawiają w pełnej krasie. Kwestii nowego (albo i nienowego) miksu czy masteringu roztrząsać tu nie będę, to robota dla najzacieklejszych audiofilów. Skłamałbym jednak, gdybym nie włączył siebie w poczet ultrasów Szymona. Tak, ja też pewną zaciekłością się odznaczam i dlatego niemal bez zwłoki rzuciłem się na Hosannę, gdy wreszcie ją dorwałem.
Wbrew powyższemu nie jest to początek recenzji dzieła muzycznego, choć wykorzystanie przeze mnie całej tej nomenklatury z muzyką związanej nie stanowi praktyki zupełnie odklejonej od Hosanny i jej autora. Twórczość Majcherowicza bowiem (zarówno najnowszy zbiór opowiadań, jak i fenomenalny poprzedni, Otwieram oczy) jawi się jako rzecz autentycznie blackmetalowa. To w istocie black metal rozpisany na rozmaite głosy, wrzeszczący różnymi rejestrami, szkaradnie mieniący się bogactwem smolistości i czerni.
Niech nie zwiodą Was pozory i pochopne wnioski. Szymon – prawdziwy blackmetalowiec polskiego horroru, polskiego weirdu – polskiego pisarstwa – nie idzie w sztampę, nie hołduje tandecie. On dokładnie wie, co robi, a jego diabeł, jego blackmetal, nie jest tym, który prowokacyjnie bezcześci hostię i pali kościoły. Ten diabeł uśmiecha się do nas, zasmuca nas i straszy o wiele bardziej finezyjnie, niż byśmy podejrzewali.
Przy opowiadaniu tytułowym odpalam Plagę i jej Sznur z EP-ki Pożeracze słońc. „Sznur, pierdolony sznur w rękach diabła” – wyje wokalista, a razem z nim wyje bohater Hosanny. Bez cienia wątpliwości uznaję ten utwór za rzecz najbardziej dołującą w całym zbiorze. Kiedy myślimy, że będzie już lepiej, nadzieja odchodzi, a kiedy we śnie szukamy ukojenia, okazuje się, że „sen był trucizną” (s. 67). Choć opowiadanie zaczyna się tak sielankowo, bo przecież: „Jest pięknie. Słonecznie” (s. 33), to zaledwie kilka stron dalej dowiadujemy się, że: „Piękno to najperfidniejsza z form przemocy” (s. 39). Istnienie sprowadza się do form przemocowych właśnie, protagonista wpada w ich gęstwinę, osaczają go one jak macki potwora, i wreszcie trudno dociekać, czy odgrywa rolę ofiary, czy kata.
Obrazowanie pesymistyczne, upiorne, wyrastające z mroków nocy, tak znamienne zarówno dla black metalu, jak i horroru czy szerzej weirdu, powraca w zbiorze w postaci swego rodzaju darwinizmu społecznego. W Ogrzej mnie, utworze otwierającym, narrator wskazuje: „Wszystko, co żyje, musi się adaptować” (s. 18). W Inicjacji zaś czytamy: „Człowiek jako istota społeczna definiuje się poprzez walkę o miejsce w hierarchii” (s. 196). Bodaj najzwięźlej podsumowuje się to w Copacabanie, ostatnim opowiadaniu: „albo żresz, albo żrą ciebie” (s. 285).
U Majcherowicza postaci są pożerane własnymi i cudzymi traumami, bólem i niezagojonymi ranami, pragnieniami, których nie mogą zaspokoić, lękami, konfliktami, niespełnionymi marzeniami i smutkiem. Niektórym współczujemy, jak Patrykowi z Inicjacji, na inne patrzymy trochę z politowaniem, trochę z niedowierzaniem, tu na przykład Damian z Karaczana. Są też takie, które w swych karykaturalnych dążeniach do celu budzą śmiech pomieszany ze wzgardą, co tyczy się Roberta występującego w Copacabanie. Różnie kończą się ich losy: pokrętnym happy endem, wielką niewiadomą, druzgocącą klęską.
Choć zgodnie ze swą nazwą black metal pozostaje osadzony w czerni – jakkolwiek ją pojmiemy – to w istocie Hosanna jest zbiorem nad wyraz rozświetlonym i rozsłonecznionym. Osobliwe Słońce patrzy na nas milcząco z okładki, może takie samo przygrzewa Arturowi z opowiadania tytułowego. Znamienne, że pierwsze zdanie zbioru jest ochoczym, pełnym entuzjazmu wykrzyknieniem: „Słońce, tyle słońca!” (s. 9). W Karaczanie, mimo że wstrząsającym, „było ładnie, ciepło, wiosennie” (s. 132). Robert w Copacabanie, przekonany, że jego cel jest tuż tuż, rozochoca się, pełen wigoru: „Wiosna, wiosna, wiosna, ach, to ty!” (s. 242).
Przewrotnie? Na pierwszy rzut oka na pewno, ale solarność definiuje się przecież przez potęgę ognistego żywiołu. Rozkaźnik obecny w tytule dzieła inicjalnego jest właśnie rozkazem sensu stricto, błaganiem przeobrażającym się w polecenie, któremu nie można się sprzeciwić, nadto przeobrażającym w sposób jak najbardziej fizyczny. I znów ten black metal, bo przypominam sobie Furię i jej Grzej: „Ja wszystko wiem, / milcz więc / i grzej”.
Rozkazująca Magda z utworu-otwieracza zapowiada kolejne postacie kobiece obecne w Hosannie: domagające się wypełnienia swej woli, bezwzględne, niewolące i zniewalające, wyraziste, wreszcie różnymi węzłami splątane z tą solarnością. Pulsujący żywioł kobiecy przywodzi na myśl, zwłaszcza przy lekturze Karaczana i częściowo Inicjacji, twórczość Brunona Schulza, eksperta i mistrza w tej materii, choć u niego solarność łączy się raczej z reprezentacją męskości. Jak pisze Jan Gondowicz w swoim błyskotliwym Trans-autentyku (Warszawa 2014), Drohobycz jest w prozie Schulza siedzibą „kultu solarnego, zakłócanego periodycznie przez inwazje uosobionego w dwuznacznych pięknościach lunarnego pierwiastka żeńskiego” (s. 93). W Karaczanie natomiast Martyna czerpie inspiracje i siły do działania z pradawnego kultu rodem z rozgrzanego Meksyku – i nie bez powodu obwieszcza ona triumfująco: „Teraz mój wewnętrzny świat rozkwitnie na nowo cudowną wiosną” (s. 127). Metaforyka wzrastania, wznoszenia się, kwitnienia i rozwoju dochodzi do głosu również w Copacabanie – jedna z głównych postaci, do pewnego momentu postrzegana wręcz jak byt niebiański, nazywa się Agnieszka Kwiecień. Nie umyka to uwadze wspaniałomyślnego Roberta: „Spotkał Kwiecień w kwietniu i wszystko w nim rozkwita” (s. 241).
Świetliste fenomeny zgrabnie, a niekiedy nawet i przebiegle spowinowacają się ze wzniosłym oświeceniem, łączą z objawieniami natury duchowej. W Hosannie występują zjawiska, tropy i sugestie, które według mnie można spiąć ogólną i szeroką kategorią ezoteryczności. Krzysztof Grudnik w Okultyzmie i nowoczesności (Kraków 2021) zestawia ezoteryzm z psychoanalizą i celnie zauważa, że obie te płaszczyzny cechują się „opętaniem” manią znaczenia. Jak pisze: „Przygodność jest niemożliwa, bezsens niedopuszczalny” (s. 166).
Zgodnie z tym u Majcherowicza pojawiają się myślenie magiczne i tropienie rozmaitych znaków, pokładanie nadziei w anielskich istotach, oniryczne wojaże czy szukanie ratunku w przypadkowości, a ostatecznie – o czym dobitnie przekonuje nas jego proza – absolutnym nonsensie. Najwyraziściej dochodzi to do głosu w dwóch opowiadaniach: Copacabanie i Karaczanie. Robert, protagonista tego pierwszego, wspiera się naiwnym do bólu myśleniem życzeniowym, nagina fakty, nurza się w snach i fantazjach, chwyta wszelkich znaczeń (tak, włącznie z tym nazwiskiem znaczącym!) i wyczekuje zbawczyni, która poprowadzi go ku lepszej rzeczywistości, poniesie do nowego życia.
Karaczan oferuje perspektywę mniej absurdalną, choć równie osobliwą. Dla przykładu Martyna oznajmia tam stanowczo i bez cienia wątpliwości: „wierzymy w przeznaczenie. W to, że życie nie jest chaotyczną sumą przypadków, a energia przemieszcza się w sposób uporządkowany, choć my możemy tego porządku nie rozumieć, nie ogarniać” (s. 90). Wprost mówi się o objawieniach, magicznych rytuałach, materializacji woli. Damian, partner Martyny, przekonuje zaś swojego przyjaciela metala z czasów szkolnych, że satanizm, który niegdyś ich pociągał, w istocie stanowił „nieświadomy wyraz tęsknoty za prawdziwą metafizyką” (s. 115). Za sprawą tej symptomatycznej konstatacji staje on w jednym szeregu z prawdziwie zapalonymi miłośnikami okultyzmu, zwłaszcza Stanisławem Przybyszewskim, ewidentnym „typem religijnym”, „który nie mógł zaakceptować świata pozbawionego sakralnego wymiaru”, jak zauważa Gabriela Matuszek-Stec (Stanisław Przybyszewski. Pisarz nowoczesny, Kraków 2008, s. 42), i który figurą Diabła próbował wypełnić sobie pustkę powstałą po obwieszczonej na przełomie wieków śmierci Boga.
Ezoteryczność staje się ezoterycznością z prawdziwego zdarzenia, gdy pozwala przemówić alchemii. Patryk z Inicjacji w kategoriach alchemicznych objaśnia sobie „wyzwalającą moc perwersji”, dzięki której zyskuje sposobność do tego, by „przemienić stresowy wyrzut adrenaliny w pożądanie i przez to stępić krawędzie potencjalnie niszczącego doświadczenia” (s. 202). Z kolei w Karaczanie „następuje alchemiczna przemiana nienawiści w miłość” (s. 129).
Gdy rozważam te zlewające się przedziwnie w jedno obszary alchemii, destrukcji i miłości, nie mogę nie pomyśleć o Auguście Strindbergu, jednym z najsłynniejszych alchemików-eksperymentatorów, i jego wybornym schizofrenicznym Infernie. Spektakularnie pokazuje ta powieść owo „opętanie” manią znaczenia. Rzeczywistość „obiektywna” kłóci się i walczy u Strindberga z przestrzenią wyłonioną po tak zwanej katastrofie semiotycznej. Mariusz Kalinowski, tłumacz utworu, opisuje tę drugą płaszczyznę jako „inną sferę”, która pozostaje „pełna istotnych znaczeń” i dostępna wyłącznie dla osoby ją przeżywającej. Zauważa też, jak blisko siebie znajdują się schizofrenia i doświadczenie mistyczne: w obu przypadkach podmiot zatraca dotychczasową tożsamość, spala ją w żywym ogniu, a powszedni język odrzuca jako bezużyteczny, bo niezdolny wyrazić tego, co niewyrażalne – co prawdziwie znaczące (Inferno, Warszawa 1999, s. 210–211). Tak oto splatamy ze sobą solarność i ezoteryczność…
Ale spokojnie, nie myślcie, że porzuciłem black metal, nie sądźcie, że nie powraca on i tu. Czerń jest wśród nas, czerń nas nie opuszcza. W prozie Schulza, jak zbadali mądrzejsi ode mnie, najczęściej występującym kolorem jest czarny (Słownik schulzowski, Gdańsk 2006, s. 71). W Infernie zaś, przekonuje w posłowiu Kalinowski, „czerń prześladuje Strindberga na każdym kroku: czarni kowale, czarne meble, czarne kury, czarna magia etc.” (s. 221). Czarną magię studiował też Przybyszewski, a w Krzyku, swej chyba najwybitniejszej powieści, opisywał, jak to „w duszy Gasztowta wzeszło olbrzymie czarne słońce” (Bydgoszcz 2020, s. 165). Kto wie, może miało ono twarz Słoneczka z okładki Hosanny?
Gdy myślę o twórczości Majcherowicza, o mojej osobistej z nią relacji, mierzę się z dylematem w rodzaju „kura czy jajko”. Co było pierwsze, jaki czynnik przesądził o tym, że przepadłem, że prędko przepoczwarzyłem się w ultrasa i wyznawcę – black metal czy gówno? Sięgam pamięcią kilka lat wstecz i nie wiem (choć się domyślam). I mimo że w Hosannie motywów skatologicznych pojawia się znacznie mniej w porównaniu z debiutem, to Szymon już zawsze pozostanie dla mnie autorem wybornie skatologicznym, szerzej: po mistrzowsku eksplorującym w swym pisarstwie body horror i cielesność w ogóle.
Nie jestem zatem jak Robert z Copacabany, który po latach „na smród gówna niemal zobojętniał” (s. 219). Uśmiecham się mimowolnie, gdy kilkadziesiąt stron dalej dopada mnie nagłe wykrzyknienie: „Zesrała się!” (s. 280). Z odrazą i fascynacją wsiąkam w somatyczne pejzaże malowane na przestrzeniach Ogrzej mnie i Inicjacji. Pogrążony w konsternacji, oddany refleksji, czytam w Hosannie o anielskim odkupieniu (a może raczej: odKUPIEniu). „Powietrze ma zapach gówna, krwi i miłości” (s. 73) – i to mówi wszystko, kumuluje skrajności, gromadzi żywioły.
Chyba właśnie w tym tkwi cała magia (!) pisarstwa Szymona: w umiejętnym i wirtuozerskim spajaniu zjawisk, wartości i płaszczyzn pozornie opozycyjnych. Black metal ze swoim mrokiem spotyka się ze Słońcem, a ezoteryczność, wyrażająca pragnienie odrzucenia materii, idzie w parze z monstrualną cielesnością. Do tego zestawu dorzuciłbym jeszcze humor, co rusz wślepiający się w nas razem z grozą, beznadzieją i smutkiem, oraz przeplatanie się języków: potocznego i eleganckiego, ulicznego i literackiego, wulgarnego i wzniosłego.
W końcówce zbioru autor zwraca się do nas przekornie, uprzedzając niejako skargi i zażalenia: „Czekaliście na horror? Macie horror” (s. 275). Czy rzeczywiście za mało jest grozy w tej grozie? I na ile ja odczuwam niedosyt?
Odpalam Hosannę raz jeszcze. Niechaj wybrzmi, niech się kręci. „Czy nie po to jest sztuka?” (s. 261).
Michał Pleskacz