Kruki odległych krain – Emocje jak na nanogrzybach – Wil McCarthy “Bloom”
Nanotechnologie, w szczególności nanoboty od kilku dekad stanowią część warsztatu technicznego światów fantastyki naukowej. Niesamowicie małe roboty potrafiące leczyć raka, uleczyć każdą chorobę czy uraz, dające superzdolności, a zarazem pożeracze światów czy „budowniczowie nieskończoności”, tworzące niezrozumiałe dla człowieka megastruktury. Wydana w 1998 powieść Bloom tematycznie wpisuje się w ówczesny nurt utworów poruszających zagadnienia związane ze sztuczną inteligencją, transhumanizmem i nanobotami – ale tylko powierzchownie.
Mamy rok 2106 – około dwadzieścia lat wcześniej ludzkość została wygnana ze swojej kolebki przez Mycorę – nanoroboty wzorowane na grzybach, które zaczęły pożerać dostępną materię organiczną i powielać się w tempie wykładniczym. Pierwsze ognisko zaobserwowano w Nowej Gwinei, jednak wkrótce replikatory opanowały cały glob. Ocaleńcy zamieszkali na powierzchni galileuszowych księżyców Jowisza (szczególnie Ganimedesa), oraz Saturna, zakładając „Immunity”. Inni uchodźcy natomiast osiedlili się w pasie planetoid, tworząc luźno powiązany zbiór Gladholderów. Relacje pomiędzy mieszkańcami Immunity a Gladholderami nie są wrogie, jednak trudno nazwać je bliskimi – dzielą ich bariery technologiczne i kulturowe. Społeczność Immunity wyrzekła się stosowania nanobotów – poza systemami niszczenia Mycory i jej lokalnych „rozkwitów” (ang. bloom) oraz sztucznej inteligencji. Gladholderzy wręcz przeciwnie, używają pewnych form sztucznych nanofagów, wzmocnienia inteligencji (ang. Intelligence Amplification, IA) oraz sztucznej inteligencji, w tym uproszczonych konstruktów opartych o mózg człowieka. Jednak mieszkańcy Immunity używają tzw. Zee-Specs, okularów wyposażonych w funkcje podobne do współczesnych smartfonów lub tabletów.
Groza Mycory nie przemineła, gdyż jej zarodniki, pchane promieniowaniem Słońca i wiatrem słonecznym potrafią dotrzeć do gazowych olbrzymów, powodując wykwity, coraz lepiej radzące sobie zarówno w warunkach kosmicznych za linią śniegu[1], jak i z obronnymi nanobotami Immunity. Mieszkańcy Immunity wiedzą, że ich czas jest policzony, dlatego budują międzygwiezdne statki, mające wybawić ocalałą ludzkość od Mycory, która zapewne nie byłaby w stanie dogonić ich ani dotrzeć do innych układów gwiezdnych. Zanim do tego dojdzie, władze Ganimedesa organizują ekspedycję statku badawczego „Louis Pasteur”, którego celem jest zapuszczenie się w głąb obszaru dominacji mycosystemu, jaki tworzą pochodne od Mycory technogeniczne formy życia (TGL). Nie tylko Ziemia padła ofiarą Mycory – nanogrzyboty skolonizowały również Księżyc i Marsa. Zadaniem załogi Pasteura będzie umieszczenie sond badawczych na biegunach każdego z tych globów, i zebranie danych oraz bezpieczny powrót do domu. Narratorem i głównym bohaterem tej opowieści jest John Strasheim, z wykształcenia dziennikarz, z zawodu operator zgrzewarki do podeszw w lokalnej fabryce obuwia. Zostaje on wybrany na korespondenta i kronikarza nadchodzącej wyprawy.
Tu zaczynają się schody, gdyż w wyniku ataku terrorystycznego ginie jeden z członków załogi (odpowiedzialny za systemy obrony przeciw wykwitom TGL), a pozostali są zmuszeni wsiąść na pokład i czym prędzej opuścić port. W ten sposób misja zostaje przyśpieszona o około trzy tygodnie, choć statek nie był jeszcze w pełni zaopatrzony w zapasy. W związku z tymi okolicznościami załoga Pasteura zmuszona jest do zadokowana na jednej z asteroid należących do Gladholderów (Saint Helier), by uzupełnić braki. Od tego punktu schody stają się iście escherowskie (tak metaforycznie, jak i w samej powieści). W dodatku w całą sprawę zaangażowana jest sekta religijna (a raczej luźny, szorstki sojusz kilku odłamów), zwana Świątyniami Transcendentnej Ewolucji.
Bloom jest powieścią hard science fiction i w związku z tym więcej akcentów jest położonych na świat, ekspozycję oraz elementy edukacyjne czy też popularnonaukowe, niż na fabułę i rozwój postaci. Niemniej podstawowa zasada powieści stanowiąca, że obserwujemy przemianę bohatera ze stanu, w jakim był na jej początku do stanu, w jakim jest na jej końcu, została zachowana. Najlepszym natomiast rozwiązaniem narracyjnym było uczynienie głównego bohatera korespondentem wyprawy. W ten sposób uniknęliśmy scen, gdzie naukowcy wyjaśniają sobie wzajemnie oczywistości (na marginesie, to się zdarza w środowisku naukowym, wśród fanów fantastyki oraz osób ze spektrum autyzmu, jednak przyjmowane jest to w literaturze jako pewna niespójność lub niedorzeczność), a w zamian dostajemy dociekliwego dziennikarza, który wypytuje fachowców znajdujących się na pokładzie o szczegóły ich zadań oraz wyjaśnienie „jak to działa”. A tu powieść dosłownie rozkwita, gdyż wynalazków i spostrzeżeń mamy prawdziwe zagęszczenie. Począwszy od Mycory, która różni się od pozostałych nanobotów już samym modelem (tzn. nie jest kolejną wersją bakterii, wirusa, leukocytu lub też molekularnego roju owadów). Okazuje się, że posiada jednak swoje różnorodne formy, hierarchie, nisze i adaptacje. Kolejnym rozwiązaniem ważnym dla świata powieści są reaktory „ladder down”. Są to reaktory transmutujące, które potrafią wykorzystywać każdy pierwiastek cięższy od izotopu żelaza-56 (czytaj – najpowszechniejszej formy żelaza na Ziemi). Korzystają one między innymi tunelowanie kwantowe, by pozbyć się protonów i neutronów z paliwa atomowego, dzięki czemu mają uzyskiwać energię jądrową, przy okazji unikając promieniowania gamma. Chociaż serwis Atomic Rockets wskazuje, że takim pierwiastkiem powinien być nikiel-62 (3.63% ziemskiego niklu) ze względu na wyższą energię wiązań od żelaza-56 (8.7946 MeV w stosunku do 8.7922 MeV), to jednak żelazo jest powszechniejsze od niklu, a uwaga dotyczy bardziej użycia powszechnego określenia żelaza-56 jako najstabilniejszego pierwiastka we wszechświecie ze względu na energię wiązania. Jeśli zaś kogoś interesuje skupianie się autora na technologiach nano i kwantowych, to nadmienić należy, że jest on uprawnionym z kilku patentów w tych dziedzinach (oraz technologii kropek kwantowych, których rozwinięcie jest podstawą settingu serii Queendom of Sol), w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych” regularnie publikował w „Wired” oraz w „IEEE Spectrum”, a także jest autorem książki popularnonaukowej Hacking Matter.
Innymi technologiami, jakim przygląda się powieść (tak. Jest to hard science fiction, powieść służy spekulacjom, deliberacjom oraz refleksjom, które czasami nie mają wiele z ogólnie pojętym humanistycznym/antropocentrycznym aspektem SF) są okulary zee-specs. Jak wspomniano wyżej, to dość wszechstronne i wielofunkcyjne urządzenie, które służy jako komunikator, osobisty komputer, źródło rozrywki, wyświetlacz wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości. Nie zdradzając fabuły mogę powiedzieć, że powieść w kilku miejscach podkreśla wielką zależność i wagę, jaką ludzie przywiązują do zee-speków, dochodząc nawet do rozważań narratora, że pozbawienie ich człowieka trzymanego w pokładowej celi widziane byłoby jako akt niehumanitarny. Taka osoba zmuszona byłaby cały dzień gapić się na jednokolorowe, nieruchome ściany. Z kolei w innej sytuacji narrator uwypukla problem przerzucania zadań na maszyny do poziomu, w którym robi się to bezmyślnie i bez zauważenia możliwości rozwiązywania problemów „lokalnie” (osobiście). Cytując:
“”Captain,” I said, „you can’t keep shunting your trajectory calculations onto shipboard processors. That goes for everyone—if you can solve a problem locally, do it. A zee-spec isn’t THAT slow, and it hasn’t got a whole ship to run in its spare time. Push-pull windows are fine, but be careful that what you’re pushing is static data and not incomplete calculation blocks. Especially blocks with timers on them. […] Your brain is for thinking, and your zee is for calculating. The ship is just an I/O device[2].”
Ten temat wiąże się też z technologiami wykorzystywanymi przez Gladholderów, którzy min. używają AI do tłumaczenia w locie ich kreolu (tak, Pasiarze mają swój pidgin lub kreol, klasyka gatunku), lub też prezentują utwory, które ich własne AI stworzyły znając słowa, ale nie znając ludzkich odniesień i kontekstów. Rok wydania 1998, a brzmi jak coś, z czym już nie tylko fantastyka, ale i współczesne społeczeństwo ma regularny kontakt.
Sama stacja Gladholderów (którzy nie stanowią kulturowego czy nawet politycznego monolitu) jest przyczynkiem do rozważania kwestii związanych z zachowaniem się ludzkiego ciała w stanie zmniejszonej grawitacji, konstrukcją budynków, infrastukturą ułatwiającą przemieszczanie się czy udziału upraw w przestrzeni habitatu (wnętrze Saint Helier przypomina mieszankę solarpunkowego podejścia do partyzantki ogrodniczej z filozofią inkorporacji ekosystemu w struktury habitatowe prezentowaną przez Rachel Armstrong w Star Ark). Właściwie, co bardzo rzuca się w oczy to kwestia obuwia – nie kwestii bosej nogi jako trzeciej ręki, jak w Novie Samuela Delanego, tylko czegoś, co pojawia się współcześnie przy omawianiu projektów baz marsjańskich – zmiany w ludzkim chodzie w warunkach zmniejszonego ciążenia. Dochodzi też odmienna filozofia dotycząca korzystania z nanobotów, którą jedna z postaci porównuje do naturalnej selekcji ewolucyjnej, przeciwstawiając ją “kreacjonizmowi” preferowanemu przez Immunity. Jednak, jak zauważają mieszkańcy asteroid, Immunity nawet po 20 latach nadal żyje wieczną ewakuacją (która to pochłonęła życie miliardów ludzi i pomogła Mycorze rozprzestrzenić na Księżyc i Marsa), a teraz szykuje się do ostatecznego eksodusu.
Tu dochodzimy do statku Louis Pasteur – frachtowca przebudowanego na jednostkę badawczą, posiadającą na pokładzie liczne, ciekawie przemyślane środki przeciwdziałania Mycorze. Jego ograniczona przestrzeń byłaby problemem, gdyby nie zee-specki oferujące bohaterom rozrywkę i urozmaicające pracę, co przypomina Sight of Proteus Charlesa Sheffielda (u nas wyszło jako Proteusz 2200, ale darujcie sobie to „tłumaczenie”), gdzie bohaterowie wybierają wirtualną rzeczywistość jako sposób radzenia sobie podczas długiej podróży na małym statku. Sama Mycora podlega mechanizmom ewolucji w przeciągu tych 20 lat, jednak autor uznał, że najlepszym przykładem będzie oprzeć je o automaty komórkowe, szczególnie te znane z „Game of Life” Conway’a oraz „Regułę 110” Stephena Wolframa i Matthewa Cooka (bez wchodzenia w całą historię publikacji dowodów na funkcjonowanie i kompletność Turinga, bo nie wyjdziemy z tej dygresji przez 10 stron). O ile podejście edukacyjne i popularyzatorskie do automatów komórkowych zasługuje na pochwałę, o tyle trzymanie się reguł „Game of Life” wydaje się uproszczeniem, chociaż wynika też z faktu, że to był model wyjściowy, który potem został rozbudowany przez bohatera (dwuwymiarowe automaty operowały już w trzech wymiarach, lecz dochodziło więcej stanów, współczynników oraz modyfikacji lokalnych reguł). Jednak im dalej w książkę, tym gęściej, więcej akcji, więcej niesamowitości. Tylko pewnej rzeczy w końcówce nie kupuję (ale nie zamierzam zdradzić jak się kończy). Jeśli wydaje się wam, że zaspoilerowałem wam większość książki, to jesteście w błędzie – najlepsze i najciekawsze zostawiłem dla was, abyście sami się przekonali.
Generalnie Bloom wpisuje się w gatunek hard sf, zachodzący do Ultratech czy Transhuman Space (stosując terminologię gier RPG systemu GURPS). Jest też powieścią z tej samej epoki fantastyki naukowej, co Aristoi Waltera Jona Williamsa, Accelerando Charlesa Strossa, Pieśń Krwi Grega Beara, Vast Lindy Nagaty, zbiór Schismatrix Plus Bruce’a Sterlinga, a w pewnym sensie przypomina trylogię Yggdrasil Wawrzyńca Podrzuckiego. Z drugiej strony to nadal utwór astrodiasporyczny, gdzie ludzie zbiegli z Ziemi, zmuszeni zamieszkać w pasie planetoid jak w Eclipse Phase czy Gorącej linii z wężownika Johna Varleya. Jest to wizja inna niż prezentowana przez McCarthy’ego w Collapsium czy Wellstone (pierwsze dwa tomy Queendom of Sol), z którymi jednak bardzo dobrze rezonuje tematycznie. Ostatnimi laty McCarthy wydał trylogię Rich Man’s Sky, która również należy do gatunku hard sf, jednak bardziej „near future” niż ultratech/transhuman space z omawianego Bloom czy Queendom. Jednak tu ważna uwaga – w nowych powieściach może i brak wodotrysków cudownych rozwiązań technologicznych (są, jednak już mniej spektakularne i nie aż tak na granicy spekulatywnej jak inteligentne ciecze, będące bulionem samopowielających i modyfikujących nanokomputerów), natomiast widać poprawę warsztatową w obszarze rozbudowy postaci i fabuły. Bloom zasadniczo, jak wiele utworów hard SF nie przetrwałby testu sztuki scenicznej ani teatrzyku kukiełkowego, gdyż bohaterowie i fabuła muszą ustępować światowi, technologii i wynalazkom. Osobiście mi to nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, jednak z obowiązku informuję czytelnika o takim stanie rzeczy – książka głównie dla wyjadaczy i zapaleńców tematu. Niemniej, Bloom znalazł się na liście top 10 książek 1998 roku sieci księgarni Boarders oraz jest na liście znaczących pozycji literackich magazynu „NYT”. Wielka szkoda, że nie został on wydany w Polsce, gdyż był taki okres, że zyskałby sporo fanów.
Kamil Muzyka
[1] Odległość od protogwiazdy, poza którą dysk protoplanetarny jest w czasie formowania się planet na tyle chłodny, że następuje zestalenie wody, a także innych substancji lotnych. Zgodnie z jedną z hipotez dotyczących tworzenia się planet, przed linią śniegu promieniowanie gwiazdy wymiata dużą część substancji gazowych i w obszarze tym powstają planety skaliste.
[2] – Kapitanie – powiedziałem – nie możesz ciągle przerzucać obliczeń trajektorii na procesory pokładowe statku. To dotyczy nas wszystkich – jeśli możecie rozwiązać problem lokalnie, to tak róbcie. Zee-spec nie jest ĄŻ TAK wolny i nie musi obsługiwać całego statku w wolnym czasie. Okna push-pull nie stanowią problemu, ale uważajcie, żeby przekazywać dane statyczne, a nie niekompletne bloki obliczeniowe. Zwłaszcza bloki posiadające wpisany timer. […] Od myślenia macie mózgi, a od obliczeń zee. Statek to tylko urządzenie wejścia/wyjścia. (tłum. Kamil Muzyka).